środa, 4 marca 2020

Trudna ciąża - moja historia część I

Hej kochani!


Dla wielu z nas wiadomość o zajściu w ciąże jest wspaniałą nowiną. Dla mnie też tak było, chociaż przyjęłam ją co najmniej dziwnie, ale o tym za chwilę. Tak jak cudownie jest obserwować i czuć obecność swojego dziecka pod sercem, tak gorzko bywa kiedy na naszej drodze pojawiają się problemy, z którymi nie do końca wiemy jak sobie radzić. Myślę, że dotyczy to zwłaszcza pierwszej ciąży, kiedy kompletnie nie mamy pojęcia co się dzieję z naszym ciałem i zwyczajnie nie znamy uczucia "bycia w ciąży". Nie da się na to przygotować, tak jak nie da się przygotować na przyjście na świat tej małej istoty. Teoria to nie wszystko. Im częściej teraz o tym myślę, tym lepiej widzę ile miałam zagrożeń w trakcie tych dziewięciu miesięcy, ile razy ryzyko utraty ciąży było spore. Zdecydowałam się napisać ten post również z nadzieją, że pomogę innym ciężarnym kobietom w podobnej sytuacji. Zacznijmy od początku.


A nawet gdyby wieczność całą...


Pamiętam, że kiedy dowiedziałam się o ciąży była niedziela gdzieś w połowie marca 2018 roku. Mieszkaliśmy wtedy z mężem jeszcze w Anglii. Po długich staraniach o dziecko, które trwały ponad dwa lata, w końcu przyszedł ten dzień. Wymarzony dzień. Pamiętam też, że przez te dwa długie lata co miesiąc wyczekiwałam końca cyklu z nadzieją, że test pokaże dwie kreski albo że miesiączka zwyczajnie nie przyjdzie. I co miesiąc miałam złamane serce. Przeszukiwałam internet w celu znalezienia informacji o ciąży, jej objawach, wszystkich nawet najbardziej wymyślnych dolegliwościach i doszukiwałam się ich u siebie. Napełniałam się nadzieją, że to JUŻ. Napędzało mnie to do życia po to, aby chwilę później całkowicie zeszło ze mnie powietrze. Kiedy okazywało się, że znowu nic z tego, czułam ogromny zawód. Śledziłam internetowe fora o kobietach, które tak jak ja starały się zajść w ciąże i kiedy czytałam, że w końcu którejś z nich się udało - cieszyłam się, jednocześnie myśląc, że mi się już na pewno nie uda. Niby jak. 

Oczywiście kiedy tylko byłam w Polsce odwiedzałam ginekologa. Wszystko wydawało się w porządku. Za którymś razem poszłam do innego lekarza, który po badaniu i zebraniu wywiadu m.in. o bardzo bolesnych miesiączkach, objaśnił, że podejrzewa u mnie endometriozę. Nie byłam specjalnie zaskoczona. Przepisał jakieś leki i kazał dalej już zrobić pełną diagnostykę w Anglii. Nie zdążyłam nawet o tym pomyśleć. Kilkanaście dni po powrocie wszystko się zmieniło.

Wracając do tej pamiętnej niedzieli. Wiedziałam już, że spóźnia mi się miesiączka, ale bałam się myśleć, że właśnie nadszedł ten wyczekiwany przeze mnie dzień. Nie miałam zupełnie żadnych (o zgrozo!) wyczytanych w internecie objawów. Nic dziwnego - większości z nich nie miałam prawa mieć w tak wczesnym stadium ciąży. Z samego rana poszłam zrobić test... I zobaczyłam dwie piękne grube kreski.

Mój umysł chyba jeszcze wtedy nie przyswoił tej wiadomości. Zeszłam do męża i z jakimś takim spokojem (może po prostu szokiem) zakomunikowałam, że jestem w ciąży. Mąż się bardzo ucieszył, ale obojgu zaczął towarzyszyć lekki niepokój co dalej. Choć plan był opracowany od bardzo dawna, to pojawiły się u mnie emocje, których się kompletnie nie spodziewałam. Może to hormony, może zwyczajny lęk, ale zaczęły mnie nachodzić absurdalne myśli, że to już koniec mnie jako mnie, że już nigdy nie będę ważna, że jestem tylko ludzkim inkubatorem (ha!) a jak urodzę nie będę się nadawać już do niczego, że już nie będę potrzebna. Sama byłam zszokowana jak to możliwe, że u kobiety która tak bardzo pragnęła dziecka, pojawiają się takie myśli. No ładnie, nie dość że w ciąży to jeszcze zwariowała.

Nie zrozumcie mnie źle. Ja nadal bardzo chciałam dziecka i już wtedy było dla mnie najważniejsze na świecie, ale nie wiedzieć czemu poczułam się niepotrzebna. Jak bardzo się myliłam. Przepłakałam kilka dni. Po tym czasie chyba hormony trochę odpuściły a ja oswoiłam się z sytuacją i chciałam już tylko cieszyć się wizją powiększenia rodziny.

Złe dobrego początki


Następne kilka dni upłynęło spokojnie. Nie mogłam doczekać się pierwszej wizyty kontrolnej i potwierdzenia, że jestem w ciąży. Trafiłam na nią szybciej niż myślałam. Oczywiście mieliśmy zaplanowaną ją na inny termin, musieliśmy tylko zaczekać aż ciąża będzie widoczna. Niestety w pracy zaskoczyło mnie coś co zmusiło mnie do nagłej wizyty w szpitalu - zaczęłam intensywnie krwawić. Przestraszona, że już po wszystkim pojechałam wraz z mężem do szpitala. Po wstępnej rozmowie kazano nam zgłosić się kiedy krwawienie ustąpi. Tak też zrobiliśmy. Wróciliśmy następnego dnia. Pamiętam, że na wizycie panie, które zrobiły mi usg uznały, że jest widoczny pęcherzyk a  w karcie wpisały ciąże. Wyznaczono nam następny termin na "za dwa tygodnie" a my pełni nadziei wróciliśmy do domu. Muszę w tym momencie zaznaczyć, że w Anglii nie ma wizyt u ginekologa. Ciężarna na usg i inne badania zgłasza się do szpitala a pieczę nad nią trzyma wyznaczona położna w przychodni do której uczęszcza. 

Kolejne tygodnie nie były łatwiejsze. Krwawienia występowały średnio co dwa - trzy dni. Były intensywne, przypominały miesiączkę, ale trwały nie więcej niż dzień i znowu przerwa. Kosztowało mnie to sporo nerwów. Za każdym razem zastanawiałam się, czy jeszcze jest się z czego cieszyć, ale gdzieś tam w środku czułam, że ta mała istotka ciągle ze mną jest. Czasami mówiłam do niej zwyczajne: "Trzymaj się kochanie. Dasz radę". Wierzyłam, że to dzieciątko, które się we mnie rozwija, jest silne i wytrzyma. Nie biegałam z każdym krwawieniem do szpitala. W Anglii kierują się tzw. selekcją naturalną. Nie podtrzymują ciąży. Uważają, że jeśli dziecko ma przetrwać to przetrwa. Dotrwaliśmy do pierwszej planowej wizyty. Czas oczekiwania urozmaiciły poranne mdłości i oczywiście krwawienia. Na wizycie szczęśliwie okazało się, że z dzieckiem wszystko jest w porządku. Zobaczyliśmy i usłyszeliśmy po raz pierwszy bijące serduszko. Byłam w ósmym tygodniu a moje maleństwo miało wtedy około 15 mm.

Tak wyglądały początki mojej ciąży. Wraz z końcem pierwszego trymestru mięły również mdłości i krwawienia. Zapowiadało się, że wszystko będzie już tylko dobrze, ale nie do końca tak było. Czekało na nas jeszcze kilka wyzwań, o których wtedy nawet bym nie pomyślała.


Z racji tego, że bardzo się rozpisałam, zmuszona jestem podzielić post na dwie części. Trochę za dużo informacji jak na jeden wpis. Nawet nie sądziłam, że będzie tak obszerny... A tu tak popłynęłam ;)

Pozostało mi tylko zaprosić na drugą część, która pojawi się w ciągu kilku dni i zachęcić do komentowania i dzielenia się Waszymi doświadczeniami w planowaniu ciąży i jej przebiegu.
Dzięki i pozdrawiam :)


Edit:
Dalszy ciąg znajdziecie tutaj - Trudna ciąża - moja historia, część II

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz