środa, 11 marca 2020

Trudna ciąża - moja historia, część II

zagrożenie porodu przedwczesnego


Hej kochani!

Temat ciąży i posiadania potomstwa dotyczy prawie każdej kobiety i każda ciężarna trochę inaczej ten stan przechodzi. Jednak wszystkie te historie mają wspólne elementy i wiele z nas odnajduje siebie w doświadczeniach innych kobiet. Z tego właśnie powodu zachęcam do przeczytania tego wpisu, który jest drugą częścią z serii "Trudna ciąża". Może i tu niektóre z Was odnajdą siebie i będą w stanie zrozumieć emocje, które towarzyszyły mi podczas trwania ciąży. Być może któraś z Was jest właśnie na takim etapie, kiedy pojawia się dużo wątpliwości i szuka odrobiny zrozumienia oraz wsparcia. Może właśnie tu taką małą dawkę wsparcia odnajdzie.


Zanim przejdę do dalszego etapu mojej historii, zapraszam do przeczytania poprzedniego wpisu: Trudna ciąża - moja historia część I. Muszę też uprzedzić, że w tym wpisie znajdzie się sporo zagadnień dotyczących ciąży i jej przebiegu i jeśli czujesz się dziwnie czytając takie słowa jak "rozwarcie" czy "szyjka macicy" to lepiej zakończ w tym momencie ;) Resztę zapraszam do lektury. Enjoy :)


Na dwoje babka wróżyła...


Po pierwszym trudnym trymestrze zyskaliśmy trochę czasu żeby złapać oddech i wszystko sobie poukładać. Zrobiliśmy wszystkie zalecane badania, dziecko rozwijało się super, w ogóle wszystko wtedy fajnie się układało i mogłam się nareszcie cieszyć tym maleńkim cudem który we mnie żyje. Nareszcie nastał czas kiedy ciąża przebiegała książkowo. Jak się okazało dziecko było bardzo ruchliwe, na tyle, że każdy kto robił mi USG śmiał się jaka tam siedzi wiercipięta. Generalnie właśnie na taką ciąże się czeka ;) Około 16 tygodnia próbowaliśmy dowiedzieć się jaka jest płeć dziecka, ale niestety pani, która robiła badanie stwierdziła, że jest na to jeszcze za wcześnie. Kilka dni później wyjechaliśmy do Polski na zaplanowany wcześniej urlop i oczywiście wizytę u ginekologa. Lekarz zbadał, pomierzył i wszystko było jak najbardziej w porządku. Na pytanie: "Pewnie za wcześnie jeszcze na to, aby zobaczyć płeć dziecka?" Lekarz zaśmiał się i powiedział: "Nie za wcześnie. Ja już wiem". Wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia bo przecież mówili, że się nie da... Tak jak wspominałam w poprzedniej części - z różnych względów w Anglii trochę inaczej podchodzą do tematu ciąży. Z niecierpliwością czekałam na tę informację. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że będę mamą dziewczynki. Byłam naprawdę zaskoczona ponieważ do tej pory cały czas gdzieś tam z tyłu głowy krążyła myśl, że to będzie chłopiec. Mąż był nie mniej zdziwiony. Szczęśliwi, że dostaliśmy tak cudowne informacje mogliśmy wrócić do Anglii. Jakieś dwa tygodnie później poczułam pierwsze kopnięcia - niesamowite uczucie. Wiedzieć, że w Tobie jest człowiek to jedno, poczuć - to już inny stan.


Czy jest na sali lekarz?


Pod koniec drugiego trymestru miałam zrobione USG genetyczne, którego trochę się obawiałam. Wiedziałam, że jest to jedno z ważniejszych badań w ciąży i od jego wyników wiele zależy. Szczęśliwie wszystko poszło dobrze, córka była zdrowa i nie ukrywam, że odetchnęłam. Nie na długo. Kilka dni później kiedy byłam w pracy zaczął mnie boleć brzuch i zrobił się dziwnie twardy. Wróciłam do domu, położyłam się i na spokojnie obserwowałam co się dzieje z moim ciałem - gdzie boli i w jaki sposób. Zauważyłam, że ból umiejscowiony jest w dole brzucha, promieniuje na biodra i... pojawia się cyklicznie. Zaczęłam mierzyć czas i okazało się, że bóle występują co kilkanaście minut i wyglądało na to, że mam skurcze. Stwierdziliśmy z mężem, że jedziemy na pogotowie. Pamiętam, że było już około siódmej wieczorem, jechaliśmy do szpitala, a ja myślałam sobie: "Niemożliwe, żeby tak wyglądał poród, przecież jest na to zdecydowanie za wcześnie!" W ogóle nie dopuszczałam do siebie myśli, że to już.

W szpitalu przyjęto nas na oddziale położniczym. Przyjęto jak przyjęto. Spędziliśmy w poczekalni pewnie około dwóch godzin gdzie przez cały ten czas słychać było gdzieś nieopodal rodzące kobiety. Tak tak, nie dało się tego nie słyszeć i nie dało się tego pomylić z czymś innym. Mina mojego męża mówiła sama za siebie. Z resztą moja nie była lepsza. Oboje byliśmy przerażeni i nie mogliśmy uwierzyć gdzie jesteśmy i co słyszymy. Później było jeszcze ciekawiej. Kiedy w końcu przyjęto nas na salę ciężko było zrozumieć co się w koło nas dzieję. Weszliśmy do pomieszczenia, gdzie zobaczyliśmy kilkanaście łóżek ułożonych w literę L. Każde z tych łóżek oddzielone było wyłącznie parawanem i za prawie każdym z tych parawanów leżała jakaś osoba. Jak się okazało była to taka sala - nazwijmy to "przedporodowa" gdzie znajdowały się kobiety, które miały skurcze, ale rozwarcie nie było na tyle duże, aby mogły już urodzić.

My wylądowaliśmy gdzieś pośrodku. Obok nas leżała kobieta przy której czuwała chyba cała jej rodzina a ona miała tak silne skurcze, że co chwilę błagała o coś przeciwbólowego. Pielęgniarka za każdym razem proponowała jej podanie gazu, który miał za zadanie trochę ją rozluźnić, ale z tego co słyszałam niewiele to pomagało. Po kilku GODZINACH zabrano ją na salę porodową. Nie ukrywam, że nieźle się wtedy osłuchałam i jedyne o czym marzyłam to zebranie swoich rzeczy i powrót do domu.

W międzyczasie zmierzono mi ciśnienie, temperaturę ciała i zrobiono badanie moczu. Gdzieś około jedenastej w nocy przyszedł do nas lekarz, który właśnie zaczął nocną zmianę. Stwierdził, że to pewnie skurcze Braxtona-Hicksa i że nie są w ciąży groźne. Z tym, że ja wiedziałam jak wyglądają takie skurcze bo doświadczałam ich od dawna i wiedziałam, że nie są bolesne - co najwyżej trochę nieprzyjemne.Diagnoza była zaskakująca bo mimo, że po badaniu moczu nie wykryto żadnych bakterii lekarz przepisał antybiotyk na bakteryjne zapalenie pęcherza po czym.... wysłał nas do domu. Nie było badania ginekologicznego, tylko rozmowa o tym jak boli i gdzie. Nie wiem jak na tej podstawie lekarz ma wiedzieć co się dzieje z pacjentką??? Na szczęście bóle już ustępowały więc zmęczeni i odrobinę zdezorientowani wróciliśmy do domu. Następnego dnia jeszcze odczuwałam delikatny ból brzucha, ale było już zdecydowanie lepiej. Pomyślałam, że może faktycznie nie dzieję się nic poważnego i pewnie przesadzam.


Zabierz wszystko - siebie zostaw


Ponownie - kilka kolejnych miesięcy przebiegło dosyć spokojnie. Wszystkie badania w normie. Przynajmniej te z krwi i USG, bo niestety kolejną zaskakującą ciekawostką jest to, że w Anglii przez całą ciąże nie miałam wykonanego ani jednego badania ginekologicznego. ANI JEDNEGO. Nawet wtedy gdy wylądowałam na pogotowiu. Więc ciężko powiedzieć czy na pewno wszystko było w porządku.

Pod koniec siódmego miesiąca spakowaliśmy cały swój kilkuletni dobytek i wyjechaliśmy już na stałe do Polski. Od początku tego chciałam. Marzyłam aby wrócić do kraju i właśnie tam urodzić córkę. Wiedziałam, że w zaawansowanej ciąży taka podróż może być ciężka, ale wiedziałam też, że dużo niebezpieczniej byłoby lecieć samolotem, więc wybraliśmy powrót autem. W podróży nie było żadnych problemów. Zniosłam to całkiem nieźle. Dwa dni po powrocie poszłam na umówioną wizytę u mojego lekarza ginekologa gdzie jak się okazało czekała mnie kolejna niemiła niespodzianka. Lekarz w trakcie badania spoważniał i oświadczył, że nie jest dobrze bo okazuje się, że mam rozwarcie, co oznacza, że tak naprawdę w każdej chwili może rozpocząć się akcja porodowa. Zdębiałam. Był to trzydziesty drugi tydzień ciąży. Nie ukrywam, że słysząc te słowa nieźle się zestresowałam bo kompletnie się nie spodziewałam takich wiadomości. Dalsza rozmowa z lekarzem przebiegła dosyć nerwowo. Ze łzami w oczach czekałam na instrukcje co robić dalej. Powiedział, że córka ma położenie miednicowe (o czym już wiedziałam wcześniej), że mam rozwarcie i skróconą szyjkę, zagrożenie porodu przedwczesnego i żebym się pakowała do szpitala bo poleżę minimum tydzień na ginekologii. Córka ważyła wtedy 1900 gramów - zdecydowanie nie była gotowa na pojawienie się na świecie.
Wtedy zrozumiałam od jak dawna mogłam funkcjonować w takim stanie. Przypomniały mi się skurcze, których doświadczyłam wcześniej... Dotarło do mnie ile razy nieświadomie narażałam siebie i dziecko... Bo przecież jakoś specjalnie się nie oszczędzałam. Bo niby czemu? Przecież wszystko jest w normie. Dotarło do mnie też jak niebezpieczna była trasa którą pokonaliśmy z Anglii do Polski. Mogło się wydarzyć wszystko.

Oczywiście te kilka dni przed pobytem w szpitalu nie były łatwe, ale trzeba było wziąć się w garść i spróbować naprawić to co się naprawić dało. Weekend poświęciłam na odpoczynek i wyciszenie. W poniedziałek (gotowa na tyle na ile się dało) zgłosiłam się do szpitala. I niestety z braku wolnych łóżek zamiast na ginekologię trafiłam na oddział położniczy. Ponownie w otoczeniu kobiet, które lada dzień miały rodzić. Nocami słychać było krzyki dzielnych kobiet, które właśnie wydawały na świat swoje potomstwo. Na szczęście zawsze są dwie strony medalu i mogłam znaleźć plusy także tej sytuacji. Dzięki temu trochę oswoiłam się z myślą o porodzie i paradoksalnie już nie wydawał się aż tak stresujący, choć bez dwóch zdań dalej nie było to nic przyjemnego.

W szpitalu leżałam tydzień. Niektóre leki dostawałam przez kroplówkę, przepisano też dwa zastrzyki, dzięki którym płuca córki miały się szybciej rozwinąć tak, aby w przypadku porodu była choć trochę przygotowana na zderzenie ze światem zewnętrznym. Pod koniec pobytu lekarz założył na szyjkę pessar na podtrzymanie ciąży. Tak przygotowaną wypuścili mnie ze szpitala.

Dzięki opiece lekarskiej wszystko skończyło się dobrze. Urodziłam w planowanym terminie (38 tygodniu) zdrową córkę. Sam poród też mnie bardzo zaskoczył. Może kiedyś o tym napiszę. Choć to również dla mnie niełatwy temat.   

Podsumowując drogę, którą przeszłam chciałabym podkreślić jak w moim odczuciu dziwne jest podejście angielskich lekarzy i położnych w stosunku do ciężarnych. Mówię "dziwne" bo naprawdę nie wiem jak inaczej to ująć... W niektórych aspektach dbają bardzo. Rozmawiają, robią badania, które w Polsce są na ogół płatne, odwiedzają w domu i ogólnie teoretycznie interesują się zdrowiem ciężarnej... Ale czym to wszystko jest bez podstawowego badania ginekologicznego? Nie potrafię pojąć jak można nie zbadać ginekologicznie kobiety w ciąży? Zwłaszcza takiej, która problem zgłasza. Nie pojmę takiej logiki, nie da się. Druga rzecz, którą chciałam zaznaczyć to fakt, że mi się udało. Miałam szczęście - urodziłam w terminie. Ale wiem jak wielu kobietom się to nie udaje i  pełne obaw rodzą wcześniaki. Nie wyobrażam sobie jaki lęk może im towarzyszyć i jak ciężko po porodzie czy to naturalnym czy cc, zebrać się w sobie i po tym wszystkim jeszcze mieć na tyle sił (zwłaszcza tych w głowie) żeby poradzić sobie z ciężkim stanem własnego dziecka. Już o gorszych scenariuszach nie wspomnę... Jestem pełna podziwu dla ich siły i wytrwałości, ale także dla tych małych wojowników, którzy już od pierwszych chwil na tym świecie muszą walczyć o swoje.


Żeby nie kończyć tak smutno tego wpisu dodam tylko, że mimo dosyć trudnej drogi w macierzyństwo jestem ogromnie wdzięczna że jest tak jak jest. Opisałam te ciężkie dla mnie momenty, ale było mnóstwo też tych dobrych, kiedy naprawdę mogłam cieszyć się swoim stanem. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko podziękować, że tu dziś jesteście i czytając ten wpis chcieliście uczestniczyć ze mną w mojej drodze. Zachęcam, abyście w komentarzu poniżej podzieliły się swoją historią dotyczącą ciąży i związanymi z nią emocjami. Jak to było z Wami?



2 komentarze:

Hej! Jeśli masz jakieś uwagi, polecenia lub pytania śmiało pisz!

Copyright © Siedem po jutro , Blogger